Thursday, April 10, 2008

Niemiecka "krzywda"

Niemiecka "krzywda"


Niemiecka "krzywda"
Nasz Dziennik, 2008-04-10
Debata na temat ustanowienia Centrum przeciwko Wypędzeniom w istotny sposób zmienia nie tylko niemiecki ogląd historii, ale także rzuca nowe światło na postrzeganie przez Niemców własnego miejsca we wspólnocie międzynarodowej oraz wyznacza nowe horyzonty polityki Berlina.

Nie tylko w niemieckiej publicystyce, ale także w polityce rządu powraca kwestia niemieckiej "krzywdy". W związku z ustanowieniem "widocznego znaku" upamiętniającego "wypędzenie" Niemców oficjalnie uznano, iż wiek XX był wiekiem wypędzeń. Nie wiekiem totalitaryzmów, ludobójstwa, zbrodniczych wojen rozpętanych przez Niemców, ale stuleciem wypędzeń. Ten historyczny fałsz staje się doktryną historyczną państwa niemieckiego. Staje się czymś więcej niż tylko widzeniem przeszłości. Staje się niemiecką doktryną polityki edukacyjnej, kulturowej i przede wszystkim zagranicznej. Niemieckie media rozpisują się o niemieckich "krzywdach", jakie stały się udziałem "wypędzonych". Opinia publiczna jest epatowana audycjami ukazującymi ucieczkę Niemców ze wschodu wraz z przerażającymi scenami "pozbawiania ojczyzny". Powstają programy o zatapianiu statków z cywilnymi uciekinierami, pokazuje się alianckie bombardowania niemieckich miast wraz z dramatem ludności ginącej pod gruzami miast.
Niemcy odkryli, że byli "ofiarami" tej wojny, "ofiarami" klęsk, rozstrzeliwań, gwałtów, wypędzeń, pozbawiania ojczystych stron. Niejako symbolem tych cierpień staje się szefowa "wypędzonych", która musiała opuścić wraz z rodzicami dom swych narodzin w podgdyńskiej Rumi. Niemcy odkrywają, że byli - jak czytamy o tym w książce wydanej z okazji słynnej berlińsko-bońskiej wystawy "Ucieczka. Wypędzenie. Integracja", ostatnio przypomnianej przez prof. Zdzisława Krasnodębskiego - ofiarami "swego rodzaju odpowiedzialności zbiorowej".
Dziś można powiedzieć, że poczucie krzywdy we współczesnej niemieckiej świadomości coraz bardziej przesłania kwestie odpowiedzialności za zbrodnie rozpętania wojny i ludobójstwo na podbitych narodach. Nie kwestionuje się zbrodni holokaustu, ale pamięć o martyrologii innych narodów jest systematycznie zacierana w niemieckiej pamięci. Nie ma w Berlinie pomników upamiętniających ludobójstwo na Polakach, Rosjanach, Cyganach, Białorusinach czy innych narodach. Jak wiadomo z relacji współczesnych Niemców, ich dziadkowie w czasie wojny służyli jedynie w wojskowych orkiestrach, kuchniach polowych, no, może co najwyżej w obronie przeciwlotniczej, broniąc przed zniszczeniem niemieckie dziedzictwo kulturowe.
W rezultacie niemieckiej polityki historycznej upamiętniono jedynie Żydów, Niemcy zaś coraz bardziej jawią się jako największe po Żydach ofiary II wojny światowej. Wraz z tą relatywizacją odpowiedzialności za skutki wojny w niemieckim postrzeganiu historii relatywizuje się także odpowiedzialność za jej przyczyny. We wspomnianym wyżej wydawnictwie "Ucieczka. Wypędzenie. Integracja" można przeczytać, że po traktacie wersalskim przyznano Polsce terytoria "jednoznacznie zamieszkałe w większości przez Niemców". Co więcej, odpowiedzialność za rozpętywanie wzajemnych konfliktów rozkładana jest symetrycznie. Autorzy piszą: "Polityka Berlina i Warszawy, z których żadne nie zamierzało zadowolić się status quo, prowadziła w konsekwencji do kontynuacji bądź narastania narodowych animozji". Powstaje pytanie: o jakich terenach zamieszkałych przez większość niemiecką i o jakich polskich działaniach, które naruszały ówczesne status quo, piszą autorzy. Mamy tu po prostu do czynienia z historycznymi fałszami służącymi relatywizowaniu odpowiedzialności za rozpętanie wojny. Ten relatywizm historyczny to przecież nic innego niż swoiste rozgrzeszanie Hitlera, na razie wyłącznie za rozpętanie wojny. Tego typu stwierdzenia nie tylko nie spotkały się z oburzeniem i protestami, ale poprzez decyzję o ustanowieniu berlińskiej wystawy podstawą "widocznego znaku" powoli stają się oficjalną interpretacją niemieckiej historii.
Ta reinterpretacja przyczyn, charakteru, odpowiedzialności i skutków II wojny światowej to nie zwykły sentymentalizm zdziecinniałych esesmanów wspominających z nostalgią podboje niemieckiej armii. To próba powiedzenia światu, iż Niemcy nie tylko nie mogą ponosić odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, ale też że są jedynym narodem, który nie otrzymał rekompensat za doznane krzywdy. Ta reinterpretacja historii jest próbą zdjęcia z narodu niemieckiego odpowiedzialności za wszystko, co wydarzyło się w czasie wojny. Co więcej, jest to rehabilitacja politycznych i militarnych aspiracji nazizmu. Bowiem od stwierdzenia, iż wyrazem niemieckiej "krzywdy" było przyznanie Polsce po pierwszej wojnie światowej ziem byłego zaboru pruskiego (niecałego), jest już niedługa droga do usprawiedliwienia polityki rewanżyzmu. I taki sens ma postulat z cytowanej powyżej niemieckiej publikacji. Autorzy piszą: "Z uwagi na nakaz stosowania pokojowych rozwiązań obowiązujących w prawie międzynarodowym, ani powrotu, ani odszkodowań nie można wymusić przemocą [przecież byłoby to prostsze i szybsze - dop. MP]. (...) Istnieje zatem zobowiązanie do rozmawiania ze sobą i pokojowych rokowań. W tym sensie należy rozumieć długofalową politykę zbliżenia między dawnymi przeciwnikami. Również traktaty wschodnie z lat 70-tych i układy o dobrym sąsiedztwie z lat 1990-1991 służą pokojowi" (s. 191). Dziś ideologia wyrażona w tej publikacji wraz z oficjalnym ustanowieniem "widocznego znaku" staje się jawną ideologią państwa niemieckiego. Do tej pory mieliśmy bowiem do czynienia z pewnym kamuflażem celów polityki Berlina wobec Polski. Ale utrzymywanie konstytucyjnych zapisów o granicach z 1937 r. w sprawie przyznawania niemieckiego obywatelstwa, wreszcie sankcjonowanie niemieckich wojennych grabieży naszego dorobku kulturowego, zwłaszcza dzieł sztuki i archiwaliów znajdujących się w niemieckich muzeach i archiwach, wszystko to świadczy, że ta polityka była realizowana także pod maską "pojednania".
Niemiecką politykę zagraniczną, w przeciwieństwie do polskiej, cechuje ujawnianie tych celów, które można zrealizować na danym etapie, a zatem posiada ona trudną sztukę nie tylko kamuflowania celów strategicznych, ale także operacjonalizowania celów etapowych i szukania różnych sprzymierzeńców. Polityka Niemiec w Unii Europejskiej doprowadziła, jak pokazuje traktat lizboński, do dominującej pozycji Berlina w Europie. Dzięki zapisowi z Joaniny Niemcy z tylko jednym, nawet najmniejszym państwem, mogą zablokować wszystkie decyzje. Zaś ich polityka historyczna prowadzi do moralnej rehabilitacji i stanowi ideologiczną podbudowę pod hegemonistyczną politykę realizującą kolejne mocarstwowe aspiracje. Ideologia niemieckiej "krzywdy" służy uprawomocnianiu choćby tych postulatów, które są zawarte w cytowanej powyżej publikacji. Co do dalszych celów, którym ma służyć ta ideologia, można snuć różne przypuszczenia. Groza tej ideologii wynika bowiem z historycznego doświadczenia. Narody naszego kontynentu doświadczały już skutków ideologii niemieckiej "krzywdy". Przypomnę, iż po raz pierwszy pojawiła się ona na przełomie XIX i XX wieku, gdy po zjednoczeniu Niemiec państwo to poczuło się skrzywdzone polityką mocarstw imperialnych, które podzieliły między sobą kolonie bez udziału Berlina. Niedopuszczenie do kolonialnego tortu niemieckiego mocarstwa było tak wielką "krzywdą", że odpowiedzią na tę "dyskryminację" stały się niemieckie zbrojenia. Z oczywistymi skutkami. Drugi raz Niemcy przeżyły upokorzenie i "krzywdę", gdy odrodziła się Polska w 1918 r., odzyskując część zaboru pruskiego. "Krzywda" była tak wielka, że to uczucie udzieliło się w Locarno nawet mocarstwom zachodnim. Poczucie tej "krzywdy" zmusiło nie tylko Hitlera, ale wcześniej demokratyczną Republikę Weimarską z laureatem Pokojowej Nagrody Nobla Gustawem Stresemannem do prowadzenia polityki rewanżyzmu.
Dziś współcześni Niemcy odkrywają niezabliźnioną i coraz boleśniejszą "krzywdę". To memento dla Polski, której prezydent wylewnie dziękuje niemieckiej kanclerz za traktat, w którym udało się jej uzyskać hegemonistyczną pozycję dla własnego kraju i zredukować rolę naszego, a rząd Donalda Tuska zachowuje "życzliwy dystans" do "widocznego znaku", licząc na groszowe wsparcie nieokreślonych polskich inicjatyw.

Marian Piłka

Monday, September 17, 2007

Nieznane początki niemieckiego obozu Auschwitz





Why British intelligence refused to believe all reports of the mass murder of Poland's Jews
Information about the gas chambers was kept from Churchill because officials would not accept the evidence of witnesses
By Michael Evans
BRITAIN’s intelligence chiefs refused to accept witness reports of the German massacre of Polish Jews in the Second World War and discounted the existence of the Holocaust, according to an authorised account based on official archives.
The intelligence chiefs thought that reports of the genocide of Jews in Poland, brought by two emissaries from Warsaw, lacked credibility. Their disbelief was one of the reasons why Winston Churchill was kept ignorant of the scale of the Holocaust at a time when decisive action might have been taken to try to stop the wholesale killings.

The dismissive response to the Holocaust reports in 1942 and 1943 is detailed in a remarkable publication of official intelligence records of the Second World War, sanctioned by the British and Polish governments.

Intelligence Co-operation Between Poland and Great Britain World War II highlights the successes of the Anglo-Polish wartime relationship, notably the extraordinary joint efforts by codebreakers to decipher Germany’s Enigma coding machine, used for all Berlin’s military communications throughout the war. The Poles were the first to break the Enigma codes.

However, the intelligence chiefs’ dismissal of the evidence of German genocide of Polish Jews provides an insight into one of the most controversial issues of the war. Anthony Eden, the Foreign Secretary, met one of the emissaries but was more interested in Polish-Soviet relations and future borders between the two countries than in any Allied action on behalf of murdered Jews. President Roosevelt also met the same emissary from Warsaw in Washington, but asked more questions about Polish resistance.

William Cavendish-Bentinck, chairman of the Joint Intelligence Committee, the main co-ordinator of intelligence in the 1939-45 war, summed up the views of the British intelligence hierarchy. He thought the Polish, and especially Jewish, reports on the German atrocities were not credible. According to the declassified intelligence archives, he stated in August 1943 that they were “exaggerating the German atrocities, and did so ‘to stiffen our resolve’”.

The two key emissaries from Warsaw, both witnesses of the slaughter, were Jan Karski, who came to London in November 1942, and Jan Nowak-Jezioranski, who arrived in December in 1943. Karski, a liaison officer of the Polish underground, told Cavendish-Bentinck about the mass murder of Jews in the Warsaw Ghetto and in a concentration camp called Belzec.

Nowak-Jezioranski said that some 3.3 million Polish Jews had been murdered from the beginning of the war until August 1943. His report in the intelligence archives says “the Germans used troops, tanks and artillery to liquidate the ghetto in Warsaw”. He handed over photos as evidence.

Although Karski, who was initially interrogated by MI5, wrote his own account of the disbelieving Allies after the war, the new history shows up the Whitehall brick wall that he and the other emissary faced when they tried to convince London and Washington of Germany’s Holocaust strategy.

The new official history says: “As chairman of the Joint Intelligence Committee and thanks to Enigma, Cavendish-Bentinck had access to the decrypted German police and SS reports which also mentioned the persecution and genocide of the Jews on the territories held by the Germans.

“This was a clear validation of Polish and Jewish information. Cavendish-Bentinck [a former Ambassador to Warsaw] was more interested in military intelligence on the Germany Navy than in the fate of dying Polish Jews.” It goes on: “As was the case with his political master, Anthony Eden, who was responsible for SIS [Secret Intelligence Service], he believed that only the swiftest possible end to the war could save the Jews of occupied Europe from complete annihilation.”

Roger Allen, a high-ranking Foreign Office official who worked closely with Cavendish-Bentinck during the war, “refused to believe that the Germans used gas chambers in Poland to murder people”.

At the end of August 1943, Allen wrote in a memo that he could “never understand what the advantage of a gas chamber over a simple machinegun or over starving people would be”. He said the recurring mentions of gas chambers in reports were “very general and tended to come from Jewish sources”.

The testimony of both Polish emissaries was kept secret. In the War Cabinet minutes concerning Karski’s account of the massacres, all references to the Jews were deleted, and when Eden wrote to Churchill on the subject, he also removed everything which mentioned Jews being murdered. Eden refused to let Karski report personally to Churchill because he felt it was “his duty to protect the elderly and overworked Prime Minister from too many petitioners”.

The official history, with a foreword by Tony Blair, is by the Anglo-Polish Historical Committee, set up five years ago to evaluate historical records. The first volume of findings is published this month.


Last updated 19 May 2004.